czwartek, 19 marca 2015

Trudne wybory.

Nie lubię podejmować decyzji. Wyjścia ze mną gdziekolwiek też są ciężkie, bo.. bo zostawiam podjęcie decyzji innym. W ogóle wolę być gdzieś z boku, niż w centrum uwagi. Ale nie o tym. 

  Ostatnio chodziłam struta parę dni, bo musiałam wybierać między siatkówką na rejonie, a.. a meczem Lecha. Zastanawiałam się co wybrać i nie umiałam, więc zaczęłam szukać idealnej opcji, aby połączyć oba wyjazdy i z niczego nie zrezygnować. Czyli mówiąc krótko - uniknąć podjęcia trudnego wyboru. Tylko zdałam sobie sprawę, że jestem w dupie, jak to wszyscy ładnie określają, bo nie wiedząc o której wróciłabym z rejonu, jeśli bym tam pojechała, nie mogłam rozplanować idealnego wyjścia. Tym bardziej, że okazało się, że na pociąg nie ma mnie kto zawieźć na 14, więc musiałabym jechać autobusem, a to oznaczało, że musiałabym wrócić o 13:30, a autobus miałabym na stacji jakieś 7 minut przed pociągiem. No a z kolei chcąc jechać tym o 15:20, byłabym o 16:56 w Poznaniu, na tramwaj o 17:07 nie wyrobiłabym się, więc jadąc kolejnym byłabym pod stadionem 15 minut przed meczem. 

  Czyli cokolwiek bym nie chciała zrobić, to i tak byłoby źle.  A słowa trenera, że jeśli nie zdążę na mecz Lecha, to zabierze mnie za darmo na mecz do Bełchatowa na Skrę wcale nie pomagały, bo... bo ja nie chciałam na Skrę, naprawdę. Jak można zamiast ulubionego klubu piłkarskiego proponować średnio lubiany klub siatkarski? Marne pocieszenie.  

  Poniedziałkowego wieczoru po rozmowie z L., dowiedzeniu się od drugiej N. że turniej zaczyna się o 10 byłam... tak bardzo wkurzona i smutna, że... że naprawdę chciałam zrezygnować z rejonu. Bo nie uśmiechało mi się jechanie na mecz na ostatnią chwilę. To byłaby totalna beznadzieja, wiecie? Tak, słowo beznadzieja idealnie opisuje sytuację, w jakiej byłam. Nie chciałam zawieźć L., nie chciałam jej wystawić, bo pisała do mnie, poszukując towarzystwa, więc jak mogłabym ją tego towarzystwa pozbawić? A siatkówka? Też było głupio zostawić dziewczyny, jeśli byłyśmy w siódemkę na powiecie. Byłam pomiędzy młotem, a kowadłem i doskonale zdawałam sobie sprawę, że tego nie połączę, chociaż bardzo chciałam. I serce bolało mnie bardziej, niż przed meczem Jastrzębskiego Węgla z Transferem Bydgoszcz (muszę znaleźć chwile, by o tym napisać!)

 I naprawdę we wtorek poszłam do trenera z wieścią, że na żaden rejon nie jadę. Ale co tam, że mówiłam o tym w czwartek po meczu, jak on oznajmił, że siódma nie jedzie, bo wyjazd rodzinny, więc muszę jechać. I na jaki ja mecz chcę jechać, że gramy z trzecioligowym zespołem (nie wyprowadziłam z błędu, że drugoligowy), że pierwszy mecz wygrany 5:1 i to właściwie nie ma po co jechać. Byłam wściekła, ale na rejon... pojechałam.

  Ale nie zamierzałam z tego powodu skakać z radości, więc przyszłam albo akurat równo na godzinę zbiórki, albo się spóźniłam i uraczyłam ludzi głupim "Dzień Dobry", a całą drogę słuchałam muzyki. Po wyjściu z busa również tak było, trener do mnie mówił, a ja łaskawie na chwilę ściągałam słuchawki, posłuchałam dwa słowa i znów słuchałam muzyki, aż w końcu ruszyłam na początek. Później już niby rozmawiałam, ale nie ukrywałam, że... że nie powinno mnie tam być.

  W każdym bądź razie wszyscy chyba chcieli, żebym na mecz Lecha pojechała, bo rejon przegrałyśmy, śpieszyłam się mimo wszystko na pociąg, który... i tak się opóźnił. I dotarłam do Poznania! o 15:15, więc miałam dwie i pół godziny do meczu. 

  Wykrzyczałam się, wyskakałam, wyklaskałam i kibicowałam. I... chcę jeszcze raz! Jakby mnie ktoś teraz zapytał, czy mecz faktycznie był taki beznadziejny... nie powiedziałabym, bo zwyczajnie nie ogarniałam tego, co się dzieje na boisku. Kibicowałam. I bardziej zwracałam uwagę na ludzi wokół mnie, więc jedyne, co tak naprawdę pamiętam, to jedyną bramkę Lecha. To co, teraz na mecz z Koroną Kielce? :))))


 
Zdjęcie stare, ale nie mam nic czasowego, bo wczoraj nie robiłam zdjęć, aparat w telefonie kiepski,a do Kotła przecież aparatu w życiu nie zabiorę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz